— Nie wiadomo ile, ani jak głęboko... Zresztą woda podskórna mogła ją przynieść z bardzo daleka.
— Właśnie dlatego pana tu przywiozłem — powiedział Czaban — żeby pan to ustalił. Wyciągaj pan swój instrument! Szkoda czasu!
Murek jednak zaoponował. Takich rzeczy nie można robić łapu-capu. Najpierw należy dokładnie zapoznać się z terenem, by nie tracić czasu napróżno, a powtóre do tego rodzaju duchowego i nerwowego wysiłku można się zabrać wtedy, gdy się jest wypoczętym, gdy się ma w dodatku rodzaj natchnienia. Trudno zaś o natchnienie po nieprzespanej nocy. Widząc niezadowolenie Czabana, Murek dodał:
— Zresztą, niech pan spojrzy, tam idą jacyś ludzie, i tam też. Niechby nas z różdżką zobaczyli, natychmiast rozniosłoby się, że czegoś tu szukamy.
— Masz pan rację — przyznał Czaban. — Pójdziemy tymczasem w tamtą stronę, aż do tej chaty na wzgórzu.
— Po co? — zdziwił się Murek.
— Przy chałupie musi być studnia, — krótko odpowiedział Czaban.
Po godzinie drogi, zmoczeni powyżej kostek i sapiąc ze zmęczenia, wspięli się na wzgórze. Przy chałupie istotnie była studnia, a baba zajęta karmieniem świń, przyniosła na prośbę Czabana, kubek, którym ten zaczerpnął wody ze stojącego na cembrowaniu wiadra. Wziął łyk do ust, posmakował i podał Murkowi:
— Wyraźnie czuć naftą — powiedział półgłosem.
Baba jednak dosłyszała: