— Nafta?
— Nie, zboże kwitnie...
Czaban niecierpliwie machnął ręką i mruknął:
— Chodźmy tędy.
Obeszli wzdłuż park i ogród owocowy. Dalej teren zaczął się obniżać. Szli między kartofliskami aż do łąk, zrzadka porośniętych łoziną i wierzbiną. Aż do widniejących w odległości paru kilometrów wzgórz i pagórków były takie nieużytki, gęsto usiane jeziorkami i bajorami. Gdzieniegdzie pasły się konie, nad brzegiem wody stały poważnie dwa bociany, skądś zdaleka dolatywało ryczenie krów, widocznie pędzonych na pastwisko. Ludzi nie było widać.
Zbliżyli się do jeziorka, płosząc jakieś piskliwe ptactwo i Czaban wskazał Murkowi wodę przy brzegu. Istotnie poprzez gęstą rzęsę ametystowym dużym plackiem przeświecała tłusta plama. Czaban złamał gałązkę, do jej końca przywiązał chusteczkę i zanurzył w wodzie, poczem powąchał ją i błogi uśmiech wystąpił mu na twarz. Murek uśmiechnął się z mniejszem zadowoleniem, ale musiał przyznać, że chustkę czuć było naftą ponad wszelką wątpliwość. O kilkaset kroków dalej, w miejscu, gdzie w grząskim gruncie kopyta końskie zostawiły głębokie i nabiegłe wodą ślady, również znać było opalizujące brzeżki. W milczeniu przeszli jeszcze kilometr, wciąż oddalając się od dworu i tu jeszcze wyraźniej na powierzchni wielkiej kałuży fioletem i brudno różowemi odbłyskami opalizowała nafta.
Czaban wziął się pod boki i triumfalnie spojrzał na Murka:
— Nu! Jest nafta, czy niema?
— Niewątpliwie jest, tylko...
— Tylko co?