Czaban jednak zaczął go przepraszać i poklepywać po ramieniu, zapewniając, że nie miał zamiaru żartować:
— Bo tu nie o żarty chodzi, lecz o miljony. O miljony nietylko dla mnie, ale i dla pana.
— Teraz to już pan rzeczywiście kpi ze mnie, — postanowił go pociągnąć za język Murek. — Zapłaci mi pan moje honorarjum, i koniec, ale choćby było największe, to skądże miljony?
— Ja wcale nie myślę płacić panu żadnego honorarjum — zdecydowanym tonem oświadczył Czaban. — Po pierwsze, szkodaby mi było każdego grosza, który mogę ulokować w tej złotodajnej ziemi, a powtóre chce mieć pana za wspólnika... Przekonałem się, że na tem bardzo dobrze wychodzę. Mój nos do interesów i pańska ta cała czarna magja, czy jak tam, gdy się złączą, to mogą świat zawojować. Pan sam do interesów jesteś fujara, ale razem!... Zobaczysz pan. Będziemy pływać w forsie. Rzucisz pan swoje wróżbiarstwo, bo co to może przynosić, nu, i weźmiemy się ostro.
— Wróżbiarstwo uprawiam tylko przygodnie — z powagą odpowiedział Murek. — Głównie poświęcam się pracy naukowej w dziedzinie okultyzmu.
— To nie będziesz się pan poświęcał. Po cholerę, poświęcenie temu, co ma forsę!
Minęli bramę parkową, przez szeroką kasztanową aleję doszli do dworu. Wielki, piętrowy dom z gankiem, opartym na sześciu kolumnach, obudził się już i pełen był życia. Z pootwieranych okien dobiegały, śmiechy, okrzyki i donośny głos radja, czy też gramofonu.
W Koszołowie oprócz starej hrabiny i kilku jej krewnych, bawiło około trzydziestu osób, „letników” z Warszawy, Kielc, Krakowa i Śląska. Wszystko to już wstało. Niektórzy jedli śniadanie, inni grali w tenisa, jeszcze inni rozchodzili się po parku, głównie w stronę stawu, skąd dolatywał wrzask kąpiących się dzieci.
Pani Czabanowa i jej córka czekały jednak w jadalni. Wiedziały od szofera, że pan przyjechał z jeszcze jakimś panem i poszli na spacer. Pozatem przy stole nie było nikogo.
— Pozwólcie, że wam przedstawię mego przyjaciela i wspólnika, doktora Klemma, — zaprezentował Murka Czaban i nie czekając pytań, dodał: — Doktór też chciał kilka dni odpocząć, więc go zabrałem z Warszawy.