— Bardzo mi przyjemnie — podała Murkowi rękę pani Czabanowa, jej córka zaś zapytała:

— Czy pan jeździ konno? Może Bóg mi pana zesłał.

— Niestety — rozłożył ręce Murek. — Nie umiem.

— To rozpacz! Myślałam, że wreszcie znajdę partnera. Mam tu specjalnie wymówionego wierzchowca, ale sama nie lubię jeździć.

Tymczasem podano im śniadanie, a rozmowa nie kleiła się i dlatego, że obaj byli zmęczeni i śpiący. To też, gdy panie poszły do parku, a zarządzająca domem pani Walentyna kazała przygotować nowemu pensjonarjuszowi pokój, obaj natychmiast położyli się spać. Wstali już po obiedzie, poczem Czaban wyruszył na ryby w towarzystwie trzech pensjonarek, a Murek przyłączył się do jego pań i dwuch starszych panów, spacerujących po parku.

Panna Tunka Czabanówna, widocznie znudzona brakiem na miejscu młodszych mężczyzn, zajęła się Murkiem dość żywo. On zaś wolał z nią rozmawiać, niż z innymi. Dlatego nieco oddalili się od towarzystwa, a po pewnym czasie stracili je zupełnie z oczu. Panna Tunka jednak nie podobała się Murkowi, chociaż nie mógłby zaprzeczyć, że jest ładna. Napewno była znacznie inteligentniejsza od Arletki, a nawet od Niry Horzeńskiej. Nira mniej była wykształcona i węższe miała zainteresowania, natomiast miała w sobie coś pańskiego i dumnego, czego brakowało pannie Tunce. Pod tym względem nawet Arletka ją przewyższała. U tamtych w razie rozdrażnienia, można było się spodziewać gniewu, tutaj chyba łez. Tamte ktoś silny mógłby ujarzmić, lub zostać przez nie ujarzmionym. Tam trzeba było walki, tu chyba tylko namowy.

— To musi być bardzo monotonne — mówiła panna Tunka, — takie życie businessmana. Nie zazdroszczę ani panu, ani memu ojcu.

Murek zaoponował:

— Czyż życie pana Czabana, któremu pani przygląda się codzień, może być nazwane monotonnem? Raczej jest nieustannym ruchem...

— Właśnie nieustannym — przerwała, — a nawet burza, która trwa wiecznie, staje się monotonna i nudna.