Ten natomiast, chociaż odpowiedział na ukłon, przyglądał się przybyłemu przez zmrużone powieki krótkowidza, dopiero gdy Nikodem otworzył furtkę, pułkownik zerwał się i krzyknął:
— Serwus! Jak Boga kocham, to nasz pogromca Terkowskiego! Witam, panie Nikodemie, gdzie pan przepadł? — ścisnął jego dłoń oburącz.
— Moje uszanowanie, panie pułkowniku, siedziałem na wsi. Ale wczoraj przyjechałem do Warszawy, a dowiedziawszy się, że pana pułkownika tu znajdę...
— Brawo! Świetny pomysł! Zje pan ze mną śniadanie?
— Już jestem po śniadaniu.
— Prawda, że wy, wieśniacy, wstajecie z kurami.
Pułkownik ucieszył się przyjazdem Dyzmy szczerze. Człowiek ten podobał mu się niezwykle, a przy tym luksusowy wóz Dyzmy był gwarancją puszczenia dziś w trąbę obrzydliwej kolejki wilanowskiej.
— Popiliśmy wczoraj tęgo — mówił Wareda — myślałem, że będę dziś miał kaca, ale na szczęście czuję się świetnie.
Rzeczywiście był wesół i ożywiony, a tylko nabiegłe krwią białka zdradzały wczorajszą libację162.
— Powiadam: na szczęście — objaśnił — gdyż przecie będziemy musieli oblać pański przyjazd. Wie pan, że pańska historia z tym Terkowskim stała się wręcz anegdotyczną. No, i może pan sobie wyobrazić, że utemperował163 pan jednak trochę tego bałwana.