— Rozumiem, rozumiem — potwierdził pułkownik — interesy są interesami. Nie pogniewa się pan, panie Nikodemie, że przy panu będę się ubierał?

— Proszę bardzo.

Weszli do pokoju i pułkownik wpadł na pomysł, by gościa poczęstować coctailem166 własnego pomysłu. Tymczasem ordynans167 przyniósł mundur i po pół godzinie Wareda był gotów.

Wyszli do samochodu i pułkownik z zachwytem oglądał każdy jego szczegół. Musiał znać się dobrze na motorach, bo wszczął z szoferem rozmowę, w której raz po raz padały niezrozumiałe dla Nikodema słowa z terminologii technicznej.

— Wspaniały, wspaniały — powtarzał Wareda z zachwytem, sadowiąc się obok Dyzmy. — Musiał pan grubo beknąć za ten wózek. Jakieś osiem tysiączków dolarów, co?

Auto ruszyło i korzystając z warkotu motoru, który zagłuszał słowa, Nikodem odparł:

— Che, che, z ogonkiem.

W drodze umówili się, że spotkają się wieczorem na kolacji w „Oazie”.

— Tam najlepiej, bo spotkamy wielu znajomych. Zna pan Ulanickiego?

Dyzma nie znał, lecz w obawie, że może to być jakaś osobistość znakomita, zapewnił, że zna tylko ze słyszenia.