„A cóż mi zrobią? — pomyślał. — Najwyżej wyrzucą za drzwi. Zresztą, na pewno tyle ludzi tam będzie...”
Wyjął przybory do golenia i zaczął się przebierać.
Pracując w czytelni powiatowej, podczas długich godzin przedobiednich, kiedy prawie wcale nie było roboty, z nudów czytywał książki. Nieraz też trafił na opis balów i rautów, urządzanych przez różnych hrabiów i ministrów. Wiedział — o ile książki opisywały prawdę — że na takich wielkich przyjęciach zazwyczaj bywa wiele osób nieznających się wzajemnie i że zatem może mu się udać to, zdawałoby się ryzykowne, przedsięwzięcie. Zwłaszcza jeżeli nie będzie specjalnie wyróżniał się wśród gości.
Barcikowie siedzieli przy stole, zajadając kartofle i popijając herbatę.
„Jedzenie, dużo jedzenia — myślał Dyzma — mięso, chleb, ryba...”
Umył się nad zlewem, rozczesał szorstkie włosy i naciągnął krochmaloną koszulę.
— A nie mówiłam, że na wesele idzie — powiedziała Walentowa. Jej mąż obejrzał się na sublokatora i mruknął:
— Co nam do tego.
Dyzma z trudem dopiął sztywny kołnierzyk, zawiązał krawat i naciągnął frak.
— Jedzenie, dużo jedzenia — wyszeptał.