Kończyli już kolację, gdy przyszedł Ulanicki.
Był to człowiek ogromnego wzrostu, z twarzą przypominającą tarczę, do której przyklejono ogórek potężnych rozmiarów i cztery wiechcie czarnego jak smoła włosia. Wąsy i brwi, niezwykle bujne, nie ustawały w ruchu, w przeciwieństwie do oczu, małych, zapadniętych i — zdawało się — wpatrzonych w jakiś daleki punkt w przestrzeni.
Gdy usiadł, Nikodem, nieco już podniecony alkoholem, rzekł:
— Pan pułkownik opowiadał nam ten pański kawał z Krynicy. Pierwsza klasa! Dobrze pan tego faceta usadził.
Wiechcie na twarzy poruszyły się gwałtownie.
— Co tam! Przecie panu lepiej się udało. Przecie to pan tego cymbała Terkowskiego objechał?
— On, on — potwierdził Wareda — morowy gość. Czuję, że się zaprzyjaźnicie. Wasze zdrowie.
Pili tęgo. Gdy grubo po północy przeszli na pierwsze piętro do dansingu i kazali dać sobie szampana, mocno już mieli w czubach. Przy stoliku znalazły się urocze panienki. Jazz grał zachęcająco i Dyzma, zaprosiwszy jedną z dam, puścił się w pląsy. Reszta towarzystwa przyglądała mu się z uznaniem, a gdy usiadł, jednogłośnie stwierdzono, że doskonały kompan i że może by tak wypić i bruderszaft185... Wobec braku sprzeciwu z którejkolwiek strony dokonano tego aktu przy dźwiękach „Sto lat, sto lat...”, które musiała zagrać orkiestra na żądanie pułkownika Waredy.
Jasno już było na dworze, gdy czterej panowie zajęli miejsca w samochodzie Kunickiego. Uchwalono odwiezienie pułkownika do Konstancina. Po przyjeździe na miejsce szofer obudził swoich pasażerów. Szumski czule pożegnał się z Dyzmą, gdyż nie chciało mu się wracać do Warszawy.
— Prześpię się tu u Wacka, pa, Nikodemciu, pa...