Zdziwi Pana mój list, a zapewne jeszcze bardziej zawarta w nim prośba. Jeżeli jednak ośmielam się Pana nią obarczać, to jedynie dlatego, że okazywana mi przez Pana życzliwość upoważnia mnie do nadziei, że Pan się nie pogniewa.

Chodzi o małe zakupy. Mianowicie w Grodnie nie mogę dostać dobrych piłek tenisowych. Byłabym wdzięczna, gdyby pan kupił tuzin w Warszawie...

Mogłabym wprawdzie napisać do sklepu, lecz wolę, by pan sam wybrał. Może to nieładnie, że zabieram Panu czas, czas tak cenny w Warszawie, gdzie ma Pan tyle i tyle rozrywek, teatry i przyjęcia, no i... piękne kobiety, które — jak mi powtórzyła niedyskretna Kasia — tak bardzo lubią posyłać panom kwiaty. W Koborowie nie ma ładnych kobiet, lecz kwiaty są przecież piękniejsze niż w Warszawie...

Kiedy pan wraca?

Właściwie mówiąc, nadużyłam słowa „wraca”. Wszakże „wracać” można jedynie do czegoś względnie do kogoś, uważanego za swoje, za swego, za coś bliskiego, do czegoś, z czym nas życie wiąże lub uczucie łączy...

Koborowo jest dziś smutne i szare. Już od szeregu dni jest takie. Ach, przecie Pan wie, jak je potrafię kochać, a jak muszę nienawidzić. Proszę, niech Pan mi za złe nie bierze tego minorowego dysonansu, który wprowadzam w gwarną i wesołą (zapewne) harmonię Pańskiego nastroju. Cóż — przyznaję się — brak mi rozmów z Panem, a jestem taka samotna.

Koborowo czeka Pańskiego powrotu, Panie Nikodemie, pardon210, znowu użyłam tego słowa, czeka pańskiego przyjazdu.

Nina Kunicka

Dyzma dwukrotnie przeczytał list, jeszcze powąchał kopertę i pomyślał:

„Wpadłem jej w oko... Cóż, młoda jeszcze, a mąż stary. A może by tak i skorzystać?”