— Ja jestem grzeczny — bronił się urzędniczek — a skąd mam wiedzieć, do kogo mówię, skoro się pan nie przedstawił.

— No, no bez poufałości. A teraz rypaj pan do swego pana Olszewskiego i zamelduj, że przyjechał pan Dyzma z poleceniem od ministra. Żeby tu zaraz przyszedł, bo nie mam czasu.

Urzędnik przeraził się i wśród ukłonów oświadczył, że wyjść mu nie wolno, lecz może zatelefonować do mieszkania pana dyrektora.

Zaprowadził Nikodema do gabinetu szefa i już nie zdziwił się, że arogancki gość rozsiadł się w dyrektorskim fotelu za biurkiem.

Nie minął kwadrans, a zjawił się dyrektor Olszewski. Był nieco zaspany i wyraźnie zaniepokojony. Na jego kwadratowej twarzy drgały wszystkie mięśnie, a przystrzyżone rudawoblond wąsiki wyciągnęły się nad ustami linią uprzejmego uśmiechu. Starał się ukryć to, że zaskoczyła go okoliczność zajęcia przez przybysza jego własnego fotela.

— Jestem Olszewski, niezmiernie mi miło...

— Nie wiem, czy panu miło — odparł Dyzma, z lekka unosząc się i podając rękę. — Jestem Dyzma...

— Ależ naturalnie, że miło... Właśnie dziś rano otrzymałem telefonogram z ministerstwa.

— Dziękuj pan Bogu, że nie otrzymał pan dymy221.

— Ależ szanowny panie — zdenerwowanym głosem zaprotestował Olszewski — niczym na to nie zasłużyłem! Zawsze z największą ścisłością stosowałem się do wszystkich ustaw i rozporządzeń. Nigdy na jedną literkę nie odstąpiłem...