— Głupstwo — rzekł — szkoda tylko... tej... sałaty i talerzyka.

Wareda wybuchnął głośnym śmiechem.

— Pyszny kawał! Ależ pan jest złośliwy, panie Dyzma, pańskie zdrowie!

— Wie pan — dodał po chwili, stawiając kieliszek — że to pierwszorzędny kawał: Terkowski głupstwo, ale szkoda sałaty!

Cieszył się ogromnie, a choć Dyzma nie mógł zmiarkować38, o co właściwie temu pułkownikowi chodzi, śmiał się również, mając usta pełne tartinek.

Pułkownik zaproponował papierosa i odeszli pod okno. Ledwie zdążyli zapalić, gdy zbliżył się do nich krępy, siwiejący blondyn o żywych ruchach i szklistych oczach.

— Wacek! — zawołał — daj no papierosa. Zapomniałem swoich.

Pułkownik wyciągnął ponownie srebrną papierośnicę.

— Służę ci. Pozwól, że ci przedstawię: pan Dyzma, pan minister Jaszuński.

Dyzma skurczył się w sobie. Nigdy w życiu nie widział ministra. Gdy w urzędzie pocztowym w Łyskowie mówiło się o ministrze, było w tym słowie coś tak nierealnego, abstrakcyjnego, coś tak nieskończenie odległego i niedosięgalnego... Z nabożeństwem uścisnął wyciągniętą rękę.