Otaczała Dyzmę atmosfera głębokiego szacunku i podziwu.
Jedynymi chmurami na błękicie tych jasnych dni były scysje267 z panną Kasią.
Wprawdzie awantury, wywoływane przez nią, dotyczyły raczej Niny, lecz nieraz mimochodem zawadzały i o Nikodema. W jednym wypadku — było to przy śniadaniu — gdy mu bardziej dopiekła, a każde jego zdanie wyszydzała bez miłosierdzia, Dyzma warknął:
— Zapomina pani, z kim ma pani do czynienia!
— Nic mnie to nie obchodzi — wzruszyła ramionami — ale szachem perskim pan chyba nie jest? Czy nie trapi pana mania grandiosa268?
Dyzma nie zrozumiał, lecz z wyrazu twarzy pani Niny wywnioskował, że musi to być wielka obelga. Poczerwieniał i nagle z całej siły wyrżnął pięścią o stół.
— Dość tego, smarkata! — ryknął.
Na stole z brzękiem podskoczyły nakrycia, a obie panie oniemiały.
Dopiero po chwili Kasia blada jak papier zerwała się i wybiegła. Nina nie powiedziała ani słowa, chociaż mina jej wyrażała zarówno aprobatę dla pointy Nikodema, jak i przestrach.
Zaaplikowanie tak radykalnego środka poskutkowało, lecz poskutkowało tylko zewnętrznie. Prawda, od tego dnia Kasia nie dokuczała mu więcej, lecz w jej oczach tym silniej żarzyła się nienawiść, która, wciąż się zbierając, musiała w końcu wybuchnąć.