Eksplozja nastąpiła dla obu stron nieoczekiwanie jednej niedzieli z rana.
Kunicki pracował w swoim gabinecie. Nina wyjechała do kościoła. Nikodem siedział w jej buduarze269 i oglądał albumy z fotografiami.
Na to właśnie weszła Kasia.
Jeden rzut oka wystarczył, by poznała, że trzymany przez Nikodema album zawiera wyłącznie niezliczoną ilość zdjęć Niny w różnych pozach, zdjęć robionych przez Kasię.
— Proszę to oddać, to moje! — zawołała, wyrywając mu album z impetem.
— Nie można grzeczniej?! — krzyknął Dyzma.
Chciała już wyjść, lecz to ją zatrzymało. Odwróciła się doń i przez chwilę milczała, lecz wyglądała tak, że Nikodem przygotował się do zasłonięcia twarzy przed spodziewanym uderzeniem, i tak, że miał ochotę chwycić ją w objęcia, przycisnąć te małe, wznoszące się w przyśpieszonym oddechu piersi, przemocą wycałować te roziskrzone oczy i drgające pełne wargi, z których wreszcie zerwały się chlaszczące jak bicz słowa:
— To jest podłość, podłość! Pan jest nikczemny! Pan ją zbezcześcił! Pan wdarł się do domu mego ojca, by uwieść jego żonę! Jeżeli pan nie wyniesie się stąd zaraz, przy pierwszej sposobności, obiję pana harapem270, jak psa! Drwię sobie z pańskiej pozycji socjalnej271, drwię z pańskich stosunków! Rozumiesz pan! Memu ojcu możesz pan tym imponować, nie mnie! Radzę panu po dobremu: wynoś się stąd, i to prędko!...
Głos jej stawał się coraz donioślejszy, a że drzwi w amfiladzie272 były pootwierane, dobiegł do uszu Kunickiego. Rozpłomieniona Kasia nie słyszała jego szybkich drobnych kroczków. Nie słyszał ich i Nikodem, zaskoczony żywiołowym wybuchem tej, zdawałoby się, spokojnej panienki.
Kunicki stanął w progu, a twarz jego skurczyła się wściekłością.