Urządzeniem mieszkania pana prezesa zajmował się Krzepicki, i to z taką energią, że w ciągu dwóch tygodni wszystko było wykończone i Nikodem przeprowadził się z hotelu na Wspólną.

Nazajutrz wyjechał do Koborowa, by zabrać rzeczy i rozmówić się z Kunickim.

Była to niedziela, a że zapomniał zadepeszować po konie, musiał iść pieszo. Odległość nie przekraczała dwóch kilometrów, a że ranek był piękny, przechadzka ta Dyzmie sprawiła nawet przyjemność.

W pobliżu tartaku spotkał starszego majstra z papierni, który z szacunkiem ukłonił się Dyzmie. Dyzma przystanął i zapytał:

— Cóż tu u was słychać w Koborowie?

— Dzięki Bogu, nic nowego, proszę pana administratora.

— Nie jestem już administratorem, tylko prezesem banku. To nie czytaliście tego w gazecie?

— Czytaliśmy, a jakże, że nas taki zaszczyt spotkał.

— No więc? Więc mówi się do mnie „panie prezesie”. Rozumiecie?

— Rozumiem, panie prezesie.