Nikodem zaczął się rozbierać.

Teraz dopiero mógł w spokoju zastanowić się nad tym, co przeczytał w pamiętniku Niny. Trudno mu było zdobyć się na wyraźną o tym opinię. Jedno nie ulegało wątpliwości: zakochała się w nim na umór i miała nadzieję, że się z nią ożeni.

Najbardziej kontent był z tego, że nie połapała się ani co do Oksfordu, ani co do jego inteligencji. Widocznie jego system był bez zarzutu. Ale co do ożenku...

Właściwie mówiąc, pierwszy raz zamyślił się nad tym poważnie. No, prawda, podobała się mu, mieć żonę hrabiankę to też nie w kij dmuchał. Żaden z tych wielkich dygnitarzy nie jest żonaty z arystokratką... Tylko, z drugiej strony, żenić się z kobietą, która nic nie ma, a ma takie potrzeby... Tych sukien!... Trzy razy na dzień się przebiera, za granicę jeździ, pierścionki i bransolety zmienia... A przecie Kunicki w razie rozwodu złamanego grosza jej nie da...

Wprawdzie z banku jest duża pensja, ale ta też nie wystarczy. Zresztą, kto wie, mogą go przecie z tego prezesostwa wylać, a wówczas co zrobi z tą babą na karku?... Żeby to Kunicki pomimo rozwodu zatrzymał go jako administratora!... Ale ba, o tym nie ma gadania.

I jeszcze jedno: co będzie z tym zwariowanym jej bratem. Trzeba będzie i tego gagatka wziąć na kark...

Zgasił światło i podciągnął kołdrę pod brodę.

Myśl o Ponimirskim zdecydowała ostatecznie.

— Nie ma głupich — powiedział i przewrócił się na drugi bok.

Już zasypiał, gdy nagle do uszu jego dobiegł szmer kroków na żwirowej alejce.