„Co za cholera tam się włóczy po nocy?” — pomyślał podnosząc głowę.
Nagle struchlał.
Wśród fantastycznych smug cienia, gałęzi zmieszanych z bladymi plamami księżyca ujrzał wyraźnie jakąś postać stojącą przy oszklonych drzwiach od parku...
„Złodziej!” — przemknęło mu przez głowę.
Postać stała chwilę nieruchomo, nagle podniosła rękę i rozległo się pukanie.
Nikodemowi przebiegły mrówki po grzbiecie i nagle olśniła go myśl:
„Ponimirski! Zwariował całkiem i przyszedł mnie zabić”.
Pukanie powtórzyło się na ten raz głośniej. Dyzma nie ruszał się, po prostu bał się poruszyć. Dopiero gdy zobaczył, że klamka się ugięła, a drzwi nie otworzyły się (więc są zamknięte!), uspokoił się.
To go ośmieliło. Cichutko wstał i idąc pod ścianą zbliżył się do drzwi. Ostrożnie wychylił głowę tak, by nie móc być dostrzeżonym.
Omal nie krzyknął ze zdziwienia.