Krzepicki, który stał tuż przy drzwiach, zameldował:
— Panie prezesie, tu jakiś Bączek czy Boczek chce gwałtem...
Nie dokończył, gdyż gruby, niski człowiek wysunął się przed niego i zawołał:
— Serwus, panie Nikodemie, to ja.
Dyzma poczerwieniał. Przed nim z wyciągniętą łapą stał pan naczelnik urzędu pocztowego z Łyskowa. Trzeba było opanować się.
— A dzień dobry — powiedział — proszę wejść.
Zamknął drzwi, lecz licząc się z tym, że Krzepicki może podsłuchiwać, odprowadził gościa w najdalszy kąt pokoju i, siadając na kanapie, wskazał mu krzesło.
— Czego pan chce, panie Boczek?
Boczek teraz dopiero uczuł się onieśmielony.
— Ja tak po starej znajomości, panie Nikodemie...