— Panie Boczek — przerwał Dyzma — do mnie prezes Rady Ministrów mówi „panie Nikodemie”, a pan możesz wysilić się na pana prezesa.
— Ja przepraszam, ale tak wyrwało się po dawnemu, po koleżeńsku... panie prezesie.
— No, o tym pan zapomnij. Czego pan sobie życzy, panie Boczek?
— Ot tak, z uniżoną prośbą przyjechałem do pana prezesa, niby po starej znajomości.
— Dobrze, dobrze, więc co?
— O wstawienie się za mną. Od miesiąca już jestem bez posady, a żona, dzieci...
— Wyleli pana?
— Zwolnili, eee.... panie Nik... panie prezesie, nasłali wrogi jakąś komisję i tam był taki Skowronek z okręgu, pies, nie człowiek, to on doszperał się jakichś nieporządków w książce przesyłek wartościowych, w tej samej, wie pan, co to pan kiedyś prowadził...
— Ciszej, do cholery, czego pan wrzeszczysz!
Boczek ze zdumieniem otworzył szeroko małe, zarośnięte tłustymi powiekami oczy. Wcale nie mówił zbyt głośno, więc?... Czyżby jego dawny podwładny bał się, by ktoś nie usłyszał, że... Boczek był dość sprytny, by to spostrzec.