— No więc, czego pan chcesz?
— Prosiłbym pana prezesa o posadę, bo...
— Nie mam żadnych posad. Wszystko zajęte.
— Pan prezes żartuje. Na jedno kiwnięcie palcem wielmożnego pana prezesa...
— Ale ja nie myślę kiwać palcem, rozumiesz pan, panie Boczek? Ani myślę! Dlaczegóż to mam kiwać, co? Niby z jakiej takiej parady? Jak byłem pod panem, panie ładny, to pan mnie traktowałeś, pan wyrażałeś się do mnie, a teraz to koza do woza? Figa z makiem, o!
Boczek siedział ponury.
— Guzik panu, nie posadę! Widzisz go! Wielką szyszkę kroił, a teraz w pas się zgina.
Nikodem w podnieceniu wstał i tupnął nogą.
— Wiesz pan, z kim masz do czynienia? Z panem prezesem, z przyjacielem ministrów! Bałwan jeden! Wstać, kiedy ja stoję!
Boczek, ociągając się, wstał.