Pomimo wczesnej pory u Icka był tłok. Dorożkarze, szoferzy taksometrów60, kelnerzy z restauracji już zamkniętych, sutenerzy61, przepijający nocny dochód swoich „narzeczonych”, męty podmiejskie, wracające z pomyślnego żeru — wszystko to zapełniało niewielkie dwa pokoiki przyciszonym gwarem rozmów i brzękiem szkła.

Nikodem wypił dwie szklaneczki wódki, przekąsił zimnym wieprzowym kotletem i kiszonym ogórkiem. Przyszło mu na myśl, że to niedziela i że Walenty nie pójdzie do roboty.

„Niech chamy znają inteligencję” — pomyślał.

Kazał sobie dać butelkę wódki i kilo kiełbasy, skrupulatnie przeliczył resztę i wyszedł. Zbliżał się już do Łuckiej, gdy nagle spostrzegł Mańkę. Stała oparta o mur i patrzyła przed siebie. Nie wiedział sam dlaczego, ale ucieszył się tym spotkaniem.

— Dobry wieczór, panno Maniu! — zawołał wesoło.

— Dobry wieczór — odparła przyglądając mu się ze zdziwieniem. — Cóż to pan po nocy się włóczy?

— A czemu to panna Mania spać nie idzie?

— Chyba już pójdę — odparła z rezygnacją.

Dyzma obrzucił ją uważnym spojrzeniem. Wydała mu się ładniejsza niż zwykle. Wątła była, to prawda, ale zgrabna.

„Cóż ona może mieć — pomyślał — najwyżej siedemnaście lat”.