Gdy wychodził, Ambroziak odprowadził go do drzwi i po zapewnieniu, że Franek to marmur-żelazo, poprosił o pożyczenie dziesięciu złotych, a chowając pieniądze do kieszeni rzekł nie bez ironii:
— Wy to tam na wsi dorabiacie się. Forsy jak lodu!
— Ot, idzie sobie.
Ulica była pusta. Doszedł do rogu Wolskiej i stanął na przystanku tramwajowym.
Wkrótce nadeszła „dziewiątka”.
Cyrk był pełny. W ogólnym gwarze zmieszanych głosów ostro odcinały się okrzyki krążących wśród publiczności chłopców.
— Czekolada, lemoniada, wafle!
Gdy Nikodem wchodził z pannami Czarskimi, orkiestra zagrała właśnie marsza i na arenę gęsiego wkroczyli atleci.
Było ich coś dziesięciu. Mężczyźni ogromnego wzrostu, o potwornie rozrosłych mięśniach, z byczymi karkami, w skąpych trykotach, odsłaniających fałdy skóry porośniętej kępkami włosia.
Szli rytmicznym krokiem, zataczając krąg wokół areny.