— Co ci, Franek, do tego — wzmieszał się Ambroziak — mój przyjaciel i tyle. Po co wszędzie suniesz nos?

— Nie sunę, tak przez ciekawość. No to gadaj pan.

Nikodem pochylił się nad stolikiem i zaczął objaśniać.

Zarówno Lewandowski, jak i harmonista pili, nie wylewając za kołnierz, a Dyzma dotrzymywał towarzystwa. Toteż gospodarz wkrótce zabrał pustą, a postawił pełną butelkę. Również, nie czekając zamówienia, przyniósł nowy kotlet na zimno i kiszony ogórek.

Wiedział, że jak ktoś z Lewandowskim „ma gadanie”, to bez sznapsa393 nie obejdzie się.

Ambroziak kilka razy wstawał, wzywany do orkiestry, i wracał do stolika. Gospodarz zapalił lampę gazową. Drzwi raz po raz otwierały się, do knajpy przychodzili nowi goście.

Prawie wszyscy zamieniali ukłon z Lewandowskim, który niedbale kiwał głową.

Dyzma dużo słyszał o nim. Nigdy jednak nie przypuszczał, że ten osławiony awanturnik, przed którego nożem czuł respekt niejeden na Woli i na Czystem, wyglądać może tak chłopaczkowato i łagodnie. W każdym razie wiedział, że w pewne ręce oddaje sprawę.

Zbliżała się ósma, gdy zapłacił rachunek i dyskretnie podsunął Frankowi stuzłotówkę.

— I grunt, przeszukać kieszenie, żeby śladu nie było — powiedział ściskając węzłowatą rękę na pożegnanie.