— Che, che, che, ale ja wiem, że jak kochany pan zechce paluszkiem kiwnąć... No, królu złoty, niechże pan pogada z ministrem komunikacji!
Póty piłował Nikodema, aż ten zgodził się.
— Tylko niech pan nie wyjeżdża, bo jeżeli trzeba będzie układać się, to ja się na tym nie znam.
Kunicki, uradowany, zapewnił kochanego prezesa, że oczywiście nie wyjedzie, aby w razie potrzeby służyć informacjami, chociaż jest przekonany, że te nie będą potrzebne człowiekowi mającemu tak genialną głowę.
Wejście Krzepickiego z korespondencją przerwało potok jego wymowy. Pożegnał się z Dyzmą, zamawiając się na jutro, i wyszedł.
— To znany spryciarz — zauważył Krzepicki.
— Ho, ho i jaki — potwierdził Nikodem — takiego nie łatwo wykiwać.
Długa twarz Krzepickiego rozszerzyła się w lekceważącym uśmiechu.
— Moim zdaniem, panie prezesie, nie ma takiego wielkiego spryciarza, który by nie znalazł większego, co go nabije w butelkę.
Dyzma roześmiał się szczerze. Sam siebie uważał właśnie za takiego spryciarza. Wydało mu się nawet, że rozumie to i Krzepicki, co zdawał się mówić poufały uśmiech na jego twarzy.