— Ciężko było, ale wreszcie obiecał zająć się tym...

— Dzięki Bogu! Kochany panie Nikodemie, pan mi z nieba spadł.

— Staram się, jak mogę.

Wytłumaczył Kunickiemu, że sprawa przeciągnie się kilka dni, może i tydzień, że wymagać będzie szeregu konferencji i rozmów, że na razie, póki rzecz w zasadzie nie jest zdecydowana, Kunicki może się nie pokazywać w ministerstwie, lecz gdy przyjdzie do finalizowania umowy, będzie musiał osobiście omawiać szczegóły.

— Świetnie, świetnie! — cieszył się Kunicki. — Ale, panie Nikodemie, może jakie koszty?... Służę natychmiast.

Nikodem pokiwał się w fotelu.

— Chyba — powiedział z namysłem — chyba jakie pięć tysięcy wystarczy...

— E... niech będzie sześć! Odbijemy to sobie i tak z ładnym procentem, che, che, che. Jeśli się chce szybko jechać, trzeba osie dobrze smarować! Nie żałować smaru! To, panie Nikodemie, najlepsza zasada we wszystkich interesach. Nie bać się wydatków, jeżeli się chce mieć dochody.

Odliczył dwanaście nowiuteńkich banknotów, które Dyzma niedbałym ruchem zgarnął do kieszeni. Oswoił się już do tego stopnia z grubszymi kwotami, że nie sprawiały na nim tak wstrząsającego wrażenia, jak na początku nowego okresu jego życia.

Tym razem pojechał z Kunickim na śniadanie, podczas którego wysłuchał całego wykładu o dostawach w ogóle, a o dostawie progów kolejowych w szczególności.