— Była. Na to Kunicki powie panu, że ma takie dokumenty, ale w Koborowie, i że zaraz jedzie, a jutro jeszcze przed odjazdem ministra przywiezie je. Tak na pewno powie. No to pan powiesz, że to niemożliwe, bo minister stanowczo chce omówić z nim handlową stronę kwestii osobiście, i to rano. Rozumiesz pan?
— Tak jest panie prezesie.
— Trzeba tak zrobić, żeby Kunicki musiał kogoś posłać po te dokumenty, a żeby sam nie mógł ruszyć się z Warszawy. Już to pan, panie Czerpak, potrafisz.
— Dla pana prezesa, che, che, che, wszystko potrafię.
— Nie pożałujesz pan tego — rzekł Dyzma wstając.
Dwa dni upłynęły Dyzmie w gorączkowym nastroju. Niekończące się rozmowy z sekretarzem, który z zadziwiającą skrupulatnością opracował plan w najmniejszych drobiazgach, później częste widywanie się z pogodnym jak majowy ranek Kunickim, długa wizyta u pani Przełęskiej, jeszcze dłuższa u jej znajomego komisarza Urzędu Śledczego, telefony, listy, konferencje, nie licząc częstego porozumiewania się z Czerpakiem.
Nikodem w duchu pełen był podziwu dla sprytu Krzepickiego. Dobrze się czuł w jego towarzystwie i wiedział, że i Krzepickiemu jest z nim dobrze.
Stopniowo, systematycznie dojrzewał plan. Oczka sieci zaciskały się wciąż, chociaż dla Kunickiego niepostrzeżenie. Po każdej rozmowie z Czerpakiem zjawiał się on w banku i zdawał Dyzmie obszerne sprawozdanie, nie kryjąc radości i uwielbienia dla życzliwych dlań uczuć kochanego pana Nikodema. Ten zresztą kadził mu nie mniej i zapewniał o swojej przyjaźni.
Tak nadszedł decydujący czwartek.
W gabinecie prezesa Banku Zbożowego punktualnie o godzinie pierwszej zadzwonił telefon.