— Wrócę.

Zjawienie się sublokatora razem z Mańką nie zrobiło na Barcikach żadnego wrażenia. Natomiast wódkę i kiełbasę przyjęto z szacunkiem. Walentowa zaraz nakryła stół zieloną ceratą i wszyscy zasiedli do śniadania. Szklaneczka, która niegdyś była słoikiem do musztardy, krążyła z rąk do rąk, a że objętość jej była dość duża, Dyzma wkrótce wyjął pięć złotych i Mańka pobiegła po nową flaszkę.

Tymczasem Nikodem uregulował zaległe komorne, a gdy dziewczyna wróciła, rzekł:

No, powinszujcie mnie, państwo. Znalazłem dobrą posadę.

— A gdzie? — zagadnął Walenty.

— Nie w Warszawie. Na prowincji.

— Nie mówiłam — pokiwała głową Walentowa. — Na prowincji zawsze o zarobek łatwiej. Dostatek wszystkiego. Wiadomo — chłopi.

Przepili jego zdrowie, a gdy już butelka była pusta, Nikodem rozstawił swoje polowe łóżko, rozebrał się, kamizelkę z pieniędzmi wsunął pod poduszkę i zasnął niemal zaraz.

Walenty siedział chwilę w milczeniu, a że podpił sobie, zaczął ni z tego, ni z owego śpiewać, lecz spotkał się z ostrą opozycją Mańki.

— Cicho, do cholery, nie widzisz: człowiek śpi. Odpocząć nie dadzą.