Nadkomisarz Reich siedział chwilę w milczeniu.
— Panie prezesie — zaczął z namysłem — byłoby jedno wyjście z sytuacji...
Jakie?...
— Powiedzmy, że Kunickiemu grozi dziesięć, a najmniej sześć lat ciężkiego więzienia. To nie ulega wątpliwości. Dowody są tego rodzaju, że wymigać się nie potrafi. Otóż, co by pan powiedział na to, panie prezesie, gdybyśmy spróbowali ułożyć się z Kunickim?...
— Ułożyć się?
— No tak. Chyba jemu najmniej może zależeć na zdobyciu dziesięciu lat ciupy. Ja myślę, że zgodziłby się na taką propozycję: on zrzeka się wszelkich pretensji do majątku żony i do pana, za to pan daje mu pewną kwotę pieniędzy i paszport zagraniczny. Niech sobie jedzie na zbity łeb, dokąd chce.
— To gotów później wrócić.
— Jest i na to rada. Zrobimy tak: dzisiaj go aresztuję, bardzo surowo przesłucham, pokażę mu wszystkie te szpargały427 i zamknę na jakieś, powiedzmy, trzy dni, żeby zmiękł. Później go znowu wezmę na przesłuchanie i wówczas zaproponuję ugodę. Nie przyjmie, tym gorzej dla niego, a jeżeli przyjmie, dam mu paszport i pozwolę uciec za granicę. Uciec! Rozumiecie, panowie? Uciec to znaczy nie móc wrócić, gdyż roześlę za nim listy gończe. Co pan na to powie, panie prezesie?
— Bardzo mądre — skinął głową Krzepicki.
— I ja to samo myślę — dodał Dyzma.