— Pana Windera. Bardzo miły człowiek.

— Jak? Windera?... Nie przypominam sobie.

Całą siłą woli zapanował nad wrażeniem i zmusił siebie, by spojrzeć Terkowskiemu wprost w oczy.

— Jak to? Nie przypomina sobie pan prezes rejenta Windera?...

— Rejenta?... Nie. Nie znam.

Terkowski roześmiał się z wyraźną ironią.

— A on dobrze pana prezesa pamięta. Jechaliśmy w jednym przedziale i ten miły staruszek wiele mi o panu opowiedział i o Łyskowie...

Dyzmie zakręciło się w głowie. Więc koniec? Katastrofa? Zdemaskowano go? Aż do bólu zacisnął w kieszeniach pięści. Przez myśl przebiegło mu, by po prostu rzucić się na Terkowskiego, chwycić go za szyję, za tłustą, przelewającą się fałdami przez kołnierzyk szyję i dusić, aż ta obleśna twarz zsinieje. Skurczył się w sobie. Wszystkie mięśnie nabrzmiały mu tak, że aż uczuł ich drżenie.

— Przepraszam najmocniej — zabrzmiał nagle tuż przy nim głos jakiejś pani, która w przejściu go potrąciła.

To go otrzeźwiło w jednej chwili.