— Tak. Odświeżyłem się tam gruntownie.

Z salonu huczał fortepian, z sąsiedniego pokoju dolatywały urywane słowa licytacji brydżowej. Terkowski mówił swoim głuchym ciężkim głosem, wydobywającym się gdzieś spod olbrzymiego białego plastra gorsu434. Jego małe rybie oczy pływały w tłustych powiekach, a grube krótkie palce zdawały się pieścić wielką bursztynową cygarniczkę.

„Czego ta cholera chce ode mnie” — łamał sobie głowę Dyzma.

— A wie pan prezes — nie zmieniając tonu ciągnął Terkowski — że miałem przyjemność poznać pańskiego starego znajomego, bardzo miły człowiek, rejent435 Winder.

Umilkł nagle, a jego oczy badawczo zatrzymały się na twarzy Nikodema.

Ten naprawdę nie dosłyszał i zapytał:

— Co pan mówi?

— Spotkałem pańskiego starego znajomego.

Nikodem zacisnął szczęki.

— Kogóż to?