Jednym ruchem wyrwał spod niej poduszkę i rzucił na podłogę. Wraz z nią z brzękiem upadła papierośnica. Podniósł ją, obejrzał i schował do kieszeni.

— Złodziejka — mruknął — ścierwo.

— Sameś, frajerze, ją tam schował!

— Łżesz! — ryknął.

Nie odpowiedziała. Otworzył drzwi i wyszedł. Na ulicy z rzadka paliły się latarnie.

Dorożki ani śladu. Trzeba było iść pieszo. Mróz zwiększył się, śnieg pod nogami skrzypiał. Przechodniów było niewielu. Szedł prędko. Gdy skręcał w Marszałkowską, obejrzał się. Po drugiej stronie w odległości kilku kamienic równie prędko szła jakaś dziewczyna.

„Druga taka sama — pomyślał — nie ma głupich”.

Szedł tak szybko, że tamta musiała prawie biec, jednakże widocznie postanowiła nie dać za wygraną, gdyż odwróciwszy się przy Nowogrodzkiej, zobaczył ją znowu. Przystanął, lecz ku jego zdziwieniu i ona wówczas przystanęła koło jakiejś nieoświetlonej wystawy sklepowej. Drobna, ubogo ubrana dziewczyna w czarnym kapeluszu.

Splunął i poszedł dalej. Zawrócił na ulicę Wspólną. Po kilku minutach był już przed swoją bramą. Stróż otworzył i nisko się ukłonił.

— O której wrócił szofer? — zapytał Dyzma, gdyż lubił kontrolować podwładnych.