Obejrzał się. Istotnie w ciemnym korytarzu ktoś stał. Gdy odwrócił się tak, że na jego twarz padło światło, usłyszał cichy okrzyk, a później szybkie kroki.
Zamknął drzwi, przekręcił klucz i schował do kieszeni. Podszedł do łóżka. Dziewczyna wciąż flegmatycznie rozczesywała włosy. Jednym ruchem wyrwał jej grzebień i cisnął o podłogę.
— Nooo!... Czego się rzucasz, frajerze?! — powiedziała prawie barytonem.
— Oddaj porcygar, słyszysz?!
— Ja nie brałam — wzruszyła ramionami.
Zamachnął się i uderzył ją w twarz tak silnie, że wywróciła się i głową stuknęła o ścianę.
— Dawaj, cholero! — zamachnął się znowu.
Zakryła twarz łokciem. Chwycił jej torebkę. Wewnątrz było kilka ubogich drobiazgów, para wymiętych banknotów i brudna chustka do nosa.
Przyglądała mu się w milczeniu.
— Uu... żmija!