Zapłacił, wbrew zwyczajowi nie sprawdzając rachunku, i wyszedł.
Wybór istotnie był niemały. Po kilku minutach upatrzył sobie jedną. Nie chciał zabierać jej do domu, wolał wydać na hotel. Zaprowadziła go do jakiejś brudnej nory na Chmielnej.
Było już po trzeciej, gdy zaczął się ubierać, wyjął dwadzieścia złotych, położył na stoliku i, mruknąwszy „do widzenia”, wyszedł na ciemny korytarz. Gdzieś na samym końcu paliła się żarówka.
Gruba baba, właścicielka hotelu, wprowadzała właśnie nową parę, w drugim końcu korytarza otworzyły się drzwi — ktoś wychodził.
Nikodem z przyzwyczajenia sięgnął po papierośnicę i skonstatował474 jej brak. Szybko zawrócił i, nie zamykając drzwi, wpadł do pokoju.
Dziewczyna siedziała na łóżku w kucki i wyszczerbionym grzebieniem czesała zmierzwione włosy.
— Dawaj porcygar475, cholero!
— Jaki porcygar?
— Jaki? Już ja ci pokażę, jaki! Dawaj zaraz, bo i tak znajdę, a tobie mordę rozbiję!
— Czego wrzeszczysz? Chcesz zbiegowisko zrobić! Drzwi nie możesz zamknąć?!