— Nie, panie, ja jadę do siebie na wieś i biorę się do gospodarki.

Oczywiście wiadomość obiegła natychmiast salony, nikt jednak uwierzyć nie chciał, by była prawdziwa.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Dwadzieścia dwie karety, sto z górą samochodów. Tłumy zaległy plac przed kościołem i przyległe ulice, ruch tramwajowy wstrzymano. Dwa długie kordony policji utrzymywały porządek. Po schodach świątyni spływał aż na jezdnię czerwony dywan. Przy wejściu policjanci sprawdzali karty wstępu. Przez otwarte drzwi widniało wnętrze kościoła rozjarzone tysiącami lamp i tonące w kwiatach.

Auta i karety zatrzymywały się przy czerwonym chodniku i natychmiast w tłumie poznawano pasażerów i szmer wymawianych nazwisk biegł wśród stłoczonych głów.

— Książę Roztocki... Ambasador włoski... Minister Jaszuński...

Panie we wspaniałych toaletach517, panowie w lśniących mundurach lub we frakach. Zapach perfum, kwiatów, benzyny.

Kościół był pełen po brzegi, a auta wciąż nadjeżdżały.

Właśnie zajechała wspaniała limuzyna i wysiadł z niej prezes Nikodem Dyzma.

— Pan młody, patrzcie, patrzcie, prezes Dyzma...