Znali go dobrze z licznych podobizn w dziennikach.

Gdzieś w dalszych szeregach ktoś krzyknął:

— Niech żyje prezes Dyzma!

— Niech żyje, niech żyje! — krzyknął tłum.

Wszystkie kapelusze zawachlowały nad głowami.

— Niech żyje! Niech żyje!

Nikodem zatrzymał się na stopniach i kłaniał się cylindrem na wszystkie strony. Na jego poważnym obliczu zjawił się dobrotliwy uśmiech.

Tłum ryczał w entuzjazmie, gdy właśnie nadjechała kareta Niny. Patrząc na scenę owacji dla narzeczonego, omal nie rozpłakała się ze wzruszenia.

— Widzisz — mówiła jej do ucha pani Przełęska — że i Polacy umieją ocenić zasługi swych wielkich ludzi.

Nikodem zszedł do nich i wśród nieustających okrzyków wprowadził Ninę do kościoła. Zagrzmiały organy.