Wokół gazonu537 przed pałacem ustawiono beczki ze smołą oraz długie stoły dla chłopów, zaś na werandzie dla gości. Wojewoda żartował, że Dyzma będzie musiał zatańczyć z przodownicą, czyli ze żniwiarką samowiązałką.
— To zastanawiające — dodał — jak niesłychanie szybko mechanizacja wywraca wszelkie tradycje. Takie na przykład dożynki dziś straciły rację istnienia.
— To smutne — powiedziała Nina.
— Tak, zgadzam się z panią, ale jednak prawdziwe.
— A czym się to wszystko skończy — westchnął siwy pan Rojczyński, sąsiad Koborowa. — Istne szaleństwo: maszyny nie tylko wulgaryzują nasze życie, odbierają mu piękno, lecz i samego człowieka wypierają.
— Kto kogo wypiera — oburzył się Dyzma — przecie widzisz pan, że urządzamy dożynki, a ludzie się cieszą. A jeżeli tam trocha hołoty powyzdycha, to i czort z nią. Ogólny dobrobyt od maszyn rośnie. Ot co.
Zawrócił się na pięcie i odszedł.
— Ma rację, ma rację — pokiwał głową generał.
— Ale niezbyt, hm... niezbyt po wersalsku ją wyraża — z akcentem zdziwienia zauważył stary ziemianin.
Wojewoda uśmiechnął się pobłażliwie.