Nikodem poczerwieniał i otworzył usta.
— Że... że co?
Doktor Litwinek, kontent549 z wrażenia, jakie wywołał, uśmiechnął się nieznacznie.
— Pan prezydent Rzeczypospolitej ma nadzieję, że pan, panie prezesie, zechce stworzyć nowy gabinet i stanąć na jego czele.
Dyzma niepewnym ruchem wziął kopertę i drżącymi rękoma wyjął z niej arkusz papieru. Czytał, lecz litery skakały mu przed oczyma.
Istotnie, odręczne pismo zawierało powtórzenie tego, co powiedział Litwinek. Pomału złożył list. Na jego twarzy malowała się troska.
— Pan prezydent nie wątpi — ciągnął Litwinek — że pan prezes nie odmówi mu, zwłaszcza dziś, w dobie ciężkich zadrażnień politycznych i ostrego kryzysu gospodarczego, kiedy trzeba kraj ratować przed staczaniem się po równi pochyłej. Trudne i wielkie to zadanie. Pan prezydent wierzy, że właśnie pan, który cieszy się nie tylko jego, lecz całego społeczeństwa zaufaniem, skutecznie temu podoła. Że wysoki autorytet, wiedza i doświadczenie, jakie są udziałem pana prezesa, dadzą pełnię rękojmi550, iż stworzy pan rząd silnej ręki, że podźwignie pan pomyślność kraju, który z takim utęsknieniem oczekuje silnego człowieka. Pozwoli pan, że złożę i moje zapewnienie, że wierzę, iż tylko pan może tego dokonać, panie premierze.
Skłonił się nisko i umilkł. Efekt był kolosalny.
Litwinek po raz pierwszy spełniał misję tak zaszczytną i pragnąc wywołać potężne wrażenie, nie zawiódł się.
Na wszystkich twarzach znać było wzruszenie. Oto w ich obecności ster nawy551 państwowej przechodził w ręce człowieka, co tu gadać, wielkiego człowieka!