Nina, blada jak papier, kurczowo wpiła się palcami w poręcz krzesła. Wareda miał minę, jakby za chwilę miał się rozpłakać. Krzepicki stał z podniesioną głową i dumnym spojrzeniem obrzucał obecnych. Zza jego ramienia patrzyły rozwarte niebywałym zdumieniem ogromne oczy Żorża Ponimirskiego.
Nikt nie ośmielił się usiąść.
Pierwszy ruszył się wojewoda Szejmont. Podszedł do Nikodema i, nisko pochylając głowę, uścisnął jego rękę.
— Zechce pan premier przyjąć naprawdę serdeczne życzenia, lecz nie powinszowania, bo te w danej historycznej chwili należą się nam, obywatelom państwa i jego sługom.
Za przykładem wojewody poszli wszyscy goście. Nikodem w milczeniu podawał im rękę, a twarz miał zasępioną.
Zdawał sobie jasno sprawę z rozmiarów zaszczytu, jaki go spotkał. On, Nikodem Dyzma, mizerny urzędniczyna z Łyskowa, mógłby teraz kierować losami wielkiego państwa, jeździć własnym pociągiem, być na ustach całego kraju, ba, całego świata!
Ale... ale właściwie... co mu po tym?
Znowu nerwowe, pełne zasadzek życie w Warszawie, znowu trzymanie się na baczności przed każdym słowem...
Ale władza, wielka władza nad trzydziestu z górą milionami ludzi! Tysiące jest takich, co za jeden dzień takiej władzy i tego tytułu, tytułu prezesa Rady Ministrów, oddałoby życie!... Gabinet premiera Dyzmy... Rząd Nikodema Dyzmy... Wojsko prezentuje broń, okręty wojenne salutują salwami... Cokolwiek powie, przedrukują to dzienniki całego świata... Władza, sława...
— Oczekuję łaskawej odpowiedzi pana premiera — odezwał się Litwinek.