Nikodem ocknął się i powiódł okiem dookoła. Wszystkie oczy były weń wpatrzone.

Chrząknął i podniósł się z fotela.

— Proszę zostawić mi pół godziny do namysłu — powiedział głucho. — Panie Krzepicki, niech pan idzie ze mną.

Skierował się do gabinetu, Krzepicki wszedł za nim i zamknął drzwi.

— Zastanawiam się, co zrobić? — zaczął Dyzma.

— Jak to, zastanawia się pan prezes? Przecie to jasne! Taki zaszczyt, taka władza!

— No, oczywiście, ale z drugiej strony, widzi pan, to bardzo odpowiedzialne stanowisko. To nie jakiś tam bank, to całe państwo.

— Cóż z tego?

— A to, że mogę sobie nie dać z tym rady.

— Da pan prezes radę.