Nikodem cmoknął z powątpiewaniem.

— Niby teraz? Przecie tyle tych kryzysów, coraz ciężej...

— Znajdzie pan prezes jakiś pomysł, już o to się nie boję. Co jak co, ale szczęśliwych pomysłów panu nie brak. I niech pan prezes sobie wyobrazi: obejmuje pan rządy, ludność jest zadowolona, poprawia się z miejsca nastrój społeczeństwa, robi pan kilka efektownych posunięć... A niech jeszcze przyjdzie dobra koniunktura!...

— A jak nie przyjdzie?... He, panie, zblamuję się552 i tyle.

— No i wielka rzecz, zwali się wtedy wszystko na złą koniunkturę i kryzys ogólnoświatowy. Mało to gabinetów upadło?

Zapukano do drzwi. Była to Nina.

— Nie przeszkodzę ci? — zapytała nieśmiało.

— Nie, owszem, chodź!

— Proszę pani — powiedział załamując ręce Krzepicki — niech pani sobie wyobrazi, że pan prezes jeszcze się waha!

— Uważasz, Nineczko, nie jest to takie proste. A po drugie, dobrze mi tu w Koborowie.