— Ależ do otworzenia książki wystarczy sił niemowlęcia.

— A jednak pan jest typem niezwykle silnego charakteru...

— Ja? — zdumiał się Dyzma.

— O, niech pan nie usiłuje wprowadzić mnie w błąd. Mam masę spostrzeżeń, które to potwierdzają — uśmiechnęła się zwycięsko — a chociażby to, że pan woli Londona... Przecie to jaskrawe świadectwo upodobań! Dlaczego nie Paul Geraldy, dlaczego nie Maurois, nie Wilde, nie Sinclair Lewis, nie Żeromski, Mann czy Shaw, lecz właśnie London z jego poezją cichego twórczego bohaterstwa, z jego pogańską potęgą walki, z jego apoteozą141 trudu.

Dyzma milczał.

— A widzi pan. Z góry mogę panu powiedzieć, że nie lubi pan Chopina, a lubi Brahmsa, że bliższy panu jest Matejko niż Jacek Malczewski, Lindbergh142 niż Cyrano de Bergerac143, gotyk i drapacze chmur niż barok i rokoko...

Patrzyła nań swoimi ogromnymi niebieskimi oczyma dziecka, które zdawało się mówić: „A widzisz, wujciu, wiem, co masz w kieszeni!”

Dyzma nie wiedział, co odpowiedzieć, toteż skrzywił się i syknął z bólu. Pani Nina troskliwie zaczęła wypytywać, czy nie nudzi go rozmowa, bo jeżeli tak... a może chciałby się zdrzemnąć...

— A niech pan powie, tylko szczerze, czy trafnie określiłam upodobania pana?

„A czort że ją wie?” — pomyślał, głośno zaś rzekł przebiegle: