Józef był nim zaskoczony i nieco przestraszony:
— Przepraszam pana redaktora, ale czym właściwie mogę służyć?
— Panie dyrektorze, należy zdobywać rynek! Il fo to prędr43 dzi entwiklunk44, jak mówią Niemiaszkowie, das szwung45...
Zalany wymową poligloty, Józef z rezygnacją wysłuchał do końca jego kwiecistej przemowy i dowiedział się, że „Tygodnik Niezależny” chętnie poparłby wyczyny „Polimportu” na zasadzie do ut des46, chodzi zaś tylko o umieszczanie ogłoszeń firmy na poczytnych szpaltach tygodnika.
Józef, który nigdy w życiu pisma tego w ręku nie miał, obiecał, że zastanowi się nad tym i że jeżeli pan redaktor zechce go odwiedzić za dwa dni, sprawę ogłoszeń da się załatwić. Wstydził się zdradzić swoją nieświadomość co do politycznego kierunku tygodnika, dlatego zapytał tylko:
— A kto jest redaktorem naczelnym pańskiego szanownego organu?
Owalny pan lekceważąco machnął ręką:
— Setegal47, gancwurst48, jego te sprawy nie dotyczą, ale może pan prezes słyszał, niejaki Piotrowicz?...
— Jacek może?...
— Istotnie, Jacek Piotrowicz. Widzę, że wu, mosie le prezidę49, że nie jest panu obce to nazwisko?