Mechanika „Polimportu” nie była skomplikowana, toteż wkrótce był już obznajomiony ze wszystkimi drobiazgami.

Od dwunastej do pierwszej przyjmował interesantów. Byli to ludzie poszukujący pracy, agenci różnych firm, wynalazcy różnych kosmetyków itp.

Pewnego dnia, tuż przed Bożym Narodzeniem, wśród kilkunastu oczekujących w korytarzu osób znalazł się pan, którego karta wizytowa zainteresowała Józefa bardziej niż inne.

Na solidnie wielkim bilecie przeczytał:

Erazm Leopold Fahrtouscheck, redaktor „Tygodnika Niezależnego”.

Oczywiście przyjął go pierwszego i wstał na powitanie tęgiego jegomościa, doskonale owalnego w postaci, dźwigającego pod pachą wielką tekę.

— Jestem Domaszko, bardzo mi przyjemnie, czym mogę panu redaktorowi służyć? Proszę siadać, bardzo proszę.

Redaktor Fahrtouscheck zapewnił pana prezesa, że jest szczęśliwy z powodu „zapoznania tak szanownej persona grata34”, rzucił parę zdań stanowiących przenikliwą definicję obecnego położenia gospodarczego, które „znajduje się enpasem35 in statuti nascendi36”, ale które „Lajf of buzines37 powinien avek junfors mażor38 poprzeć grubszą forsą he... he... he...”.

Następnie, sięgnąwszy do papierośnicy Józefa Domaszki, pan redaktor ciągnął:

— Import, czyli jak to się mówi wwóz, jest jeszcze, panie prezesie, tabula rasa39, rekte40 kart blanż41 w naszym handlu. Ale trzeba trzymać się w nim zasady karpę dzijem42, jak mówią Rosjanie „łapaj momient”! He... He...