Niemal godzina upłynęła im na odszukiwaniu w sobie nieco chaotycznych wspomnień, przeplatanych opowiadaniem Lusi o jej kolejach życia.
Otoczył ich nastrój czułości i naturalnego ciepła.
Musieli się wreszcie rozstać, bo wujenka Szczerkowska byłaby niezadowolona ze spóźnienia na obiad. Domaszko odprowadził pannę Lusię na Wilczą.
— Oczywiście, jeżeli pozwoli pani, to w najbliższych dniach złożę państwu Szczerkowskim wizytę.
— Najlepiej jutro. Wujenka na pewno ucieszy się. Jutro jest sobota, to jest taki nieoficjalny „żurek” wujenki. Niech pan koniecznie przyjdzie. O piątej!
— Przyjdę na pewno. Do widzenia, panno Lusiu. Jak to góra z górą... Miałem dziś szczęśliwy dzień.
— O, i ja też — powiedziała po prostu — do widzenia, do jutra!
Józef szedł, gwiżdżąc i wymachując z lekka parasolem. Chętnie wywijałby nim na cały chodnik, ale co by o nim pomyśleli ludzie.
— Jakaż ona śliczna i jaka miła... Lusia. Lusia to jest bardzo ładne imię.
Przyszło mu na myśl, że na przykład Rosiczka... To brzmi nienaturalnie, dziwacznie, wręcz pretensjonalnie...