— A Terkacze? Przecie to ładny kawałek ziemi i zdaje się pani wyłączna własność?
— I cóż z tego? Wuj Szczerkowski oddał w dzierżawę, ale to przynosi grosze. Sam Pan wie: zabudowań nie ma, wszystko zryte okopami i pociskami. Dzierżawca, niejaki Olszewicz, postawił sobie prowizoryczne budynki z desek i sam klepie biedę.
— Była tam pani?
— Nie.
Józef uśmiechnął się smutno:
— Wie pani co? Musimy kiedyś latem wybrać się do Terkacz.
Spojrzała nań z rozczuleniem.
— Pojedziemy razem, na parę bodaj godzin — mówił wzruszony — taka mała pielgrzymka.
— Dobrze. Pan ma złote serce. Tak się cieszę, żeśmy się spotkali!
— I ja. Bardzo.