— Ja ciebie nie zatrzymuję, możesz iść. Jeżeli mnie nic nie kochasz, a wolisz wyrzucać pieniądze na hulankę, to idź. Proszę bardzo.
Nakryła do stołu i wyszła. Słyszał, że w kuchni sprzeczała się o coś z matką.
— A może jednak pójść? Skoro jej na tym nie zależy... Tylko że wówczas floty na laskę nie starczy, a wszyscy chodzą z laskami...
Ciotka Michalina przyniosła dymiącą wazę i postawiła na środku stołu.
— No, dzieci — zawołała — siadajcie do tego, co Bóg dał.
Natka spojrzała na Józefa spod oka i usiadła. On też zajął swoje miejsce. Przeżegnali się.
— Wie ciocia — odezwał się, podmuchując w talerz — nie pójdę na oblewanie matury. Co tam! Obejdzie się cygańskie wesele bez marcepanów.
Ciotka pochwaliła to postanowienie i zaczęła wypytywać o gimnazjum, jak się odbyło rozdawanie świadectw, co mówili nauczyciele, czy dużo było gości.
Józef odpowiadał, nie wspomniał jednak o swoim wybryku. Przy kotletach ciotka Michalina zrobiła wysoce tajemniczy wyraz twarzy i wydobyła z szafki dużą butelkę:
— No — uśmiechnęła się — w dniu tak uroczystym wypijemy sobie po kieliszeczku.