A Rosiczka?... Wspomnienie jej sprawiało mu przykrość. Chociaż ostatecznie to, że bywał u Neumanów częstym gościem, do niczego go nie zobowiązywało. Byłoby to bezczelne, gdyby uważali sam fakt jego bywania za wiążący go pod jakimkolwiek względem.

Pomimo to należało przerzedzić te wizyty.

Zresztą miał teraz pretekst wymowny: — „Tygodnik Niezażny”.

Mając dużo systematyczności w naturze, Józef szereg najbliższych dni poświęcił na zaznajamianie się z wydawnictwem.

Pierwszy numer był już pod prasą. Dlatego najpierw zajął się badaniem kwestii kolportażu. Administrator, pan Kowalnicki od razu nie podobał się Józefowi. Człowiek tego typu nie mógł być pożytecznym kierownikiem wydawnictwa. Były pułkownik rosyjski i zrujnowany ziemianin zza kordonu, więcej czasu zajmował sobie opowiadaniem, jak to dawniej było, niż sprawami „Tygodnika”.

Każde jego zdanie zaczynało się nieodmiennie:

— Ot, pamiętam, bywało...

Potem szły cyfry włók, bydła, wydawanych na hulanki tysięcy, a kończyło się pogardliwym machnięciem ręki:

— A teraz?!

Wszystko dla niego było tu miniaturowe, śmiesznie drobne, ot, zabawki dziecinne. Interesy w Polsce — sklepik, fabryki — „kustarnyj promysieł”, chałupnictwo, miasta — dziury prowincjonalne, życie — po prostu bezcelowe. A zresztą i tak wysilać się nie warto, primo: dla takich groszy, a secundo i tak wszystko diabli wezmą, a w każdym razie powinni wziąć.