Domaszko interweniował u Piotrowicza. Ostrożnie, ale bez żenady wypowiedział swoją opinię o Kowalnickim i wyraził przekonanie, że taki człowiek absolutnie nie nadaje się do pracy. Co więcej, działa na pracowników depresjonująco.
Nadspodziewanie Piotrowicz, zajęty właśnie robieniem korekty swego artykułu, z miejsca zgodził się:
— I na mnie takie wrażenie robi. Jeżeli uważacie, że jest ciura — wylewajcie z miejsca. Ja na tym się nie znam i wtrącać się do tego nie myślę, to wasz dział. Ale na dobroczynność miejsca tu nie ma: Wylać!
— No, tak zaraz nie można — zreflektował go Józef — trzeba znaleźć innego. Poza tym należy wymówić mu na trzy miesiące.
— A po co? — wzruszył ramionami Piotrowicz — skoro jest nieużytkiem i do tego szkodliwym, lepiej wypłacić z góry za trzy miesiące, niż znosić go tutaj. A zresztą, moi drodzy, nie zawracajcie mi głowy.
Rozmowa z Kowalnickim miała przebieg krótki. Wysłuchawszy oględnie wypowiedzianej motywacji Domaszki, Kowalnicki powiedział:
— No cóż, dobrze. Wyrzucajcie mnie panowie na bruk. Słusznie. Kiedyś to my byliśmy wam, warszawiakom, potrzebni, jak rzucaliśmy tysiącami, a teraz jeść nie mamy co, to won! Na śmiecie. Tak i powinno być. A za pańską trzymiesięczną pensję pokornie dziękuję. Żebrakiem żaden Kowalnicki nie był i ja nie będę.
— Ależ, panie...
— Nie ma o czym gadać. Masz pan rację. Na śmiecie! Ja to rozumiem. I tak i tak palnąłbym sobie w łeb, czy wcześniej, czy później to już wszystko jedno. Myślałem, że przydam się w tej waszej ojczyźnie... Tak. Przykro tylko, że ot żona i dzieci zostaną, ale taki już los. I tak zmarnieją.
— Pan ma dzieci? — zapytał Józef.