— Troje. Jeden syn w gimnazjum, drugi w szkole kadetów, cóż, teraz mogą pójść kraść. Na świecie, panie, tysiące ludzi z kradzieży żyje. A córka trochę podrośnie — to na ulicę, do rynsztoku. Do widzenia.

Kiwnął głową, nałożył kapelusz i skierował się do drzwi.

Józef złapał go za łokieć:

— Pułkowniku, niechże pan zaczeka, jakże tak można!

— A bo co?

— No przecież pan mnie nie ma za człowieka z kamienia.

— Cóż?! Pan ma rację — wzruszył ramionami Kowalnicki.

— Pułkowniku!... Niech mi pan daruje. Uważajmy całą rozmowę za niebyłą. Bardzo pana proszę. Wszystko jest w porządku, wszystko się ułoży.

Kowalnicki spojrzał nań oczyma, które napełniły się łzami. Stał chwilę bez ruchu, później usiadł, oparł głowę na rękach i zaczął płakać. Łkanie wstrząsało jego szerokimi bezradnymi barami, siwiejące włosy opadły na czoło.

— Pułkowniku!... Pułkowniku! — Domaszko nie wiedział, co robić.