— Nic, nic — szlochając, odpowiadał Kowalnicki — już dobrze, dobrze... Ot, pana, człowieka, spotkałem... Z sercem... Tak mnie i rozebrało... O, to znać... że pan w Rosji był... duszę pan ma, duszę...
— Niechże się pan uspokoi, pułkowniku, przepraszam pana, szczerze przepraszam.
Józef był naprawdę wzruszony do głębi.
— Nie! — zerwał się na równe nogi Kowalnicki — z takim człowiekiem jak pan muszę wypić kieliszek wódki. Nie odmówi mi pan tego zaszczytu!?
Speszony Józef nie mógł istotnie odmówić.
Poszli do restauracji. Kieliszek wódki zmienił się w butelkę francuskiego koniaku, do tego Kowalnicki wybrał lekkie przekąski: kanapki z kawiorem, homar z puszki, po kawałeczku łososia i rydze z rusztu. Skoro już się jadło, a był i cietrzew w maderze, nie zawadziła buteleczka „Chambertin” z 1889 roku.
Rachunek opiewał na okrągłą sumkę, niewiele przewyższającą miesięczną pensję Kowalnickiego i został przezeń uregulowany co do grosza, pomimo protestów Domaszki.
— Dobre czasy przypomniały się — wesoło uśmiechał się pułkownik.
Ponieważ zaś Józef pił mało, a większa część alkoholu przypadła na Kowalnickiego, trzeba go było umieścić w dorożce, a samemu czym prędzej wracać do redakcji i zająć się wypuszczeniem numeru.
Właśnie przyniesiono z drukarni pierwszy egzemplarz, mokry jeszcze od farby drukarskiej.