— Ja nie mówię, że nie mogę — zirytował się Domaszko — tylko w Katowicach dostałby pan większą pensję.
— Prowincja — pogardliwie wykrzywił usta Kowalnicki — chociaż cała ta nasza ojczyzna to, zapewniam pana, tylko prowincja.
— Mniejsza o to, co pułkownik sądzi o naszej ojczyźnie. Teraz mówimy o pańskiej posadzie. Jeżeli pan stanowczo nie chce wyjechać, to proszę zgłosić się do magistratu, wydział aprowizacji, pan Rzetomski.
Józef miał już naprawdę dość Kowalnickiego, jego drażliwości, pozornego „je-m’en-fichyzmu” i malkontenctwa. Dziś Kowalnicki zirytował go jeszcze bardziej swoim pogardliwym tonem, jakim mówił o pierwszym numerze „Tygodnika”.
Zresztą ze wszystkich stron sypały się na Domaszkę odgłosy krytyczne. Nawet jego wspólnik, taki szuja, ten Mech, ośmielił się wyrazić powątpiewanie, czy firmie dobrze zrobi to, że jej prezes zajmuje się wydawaniem paszkwilistycznego pisma.
— Przepraszam pana, panie Mech — zimno zatrzymał go Józef — co pan rozumie przez słowo „paszkwil”?
— Jak to co? No przecież pisanie źle o różnych ludziach. To jasne.
— No dobrze, ale czy to, co o nich piszemy w „Tygodniku Niezależnym”, nie jest prawdziwe?
— Może i jest — wzruszył ramionami Mech — ale po co to wyciągać na wierzch? Pański interes? — Nie! Narobi pan sobie wrogów i tyle.
— Mieć przeciw sobie takich ludzi, to tylko zaszczyt! — powtórzył Domaszko zdanie wypowiedziane wczoraj przez Piotrowicza.